Co roku, początkiem września Jasna Góra skupia setki harcerek i harcerzy ze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. W tym roku obchodziliśmy jubileusz 25-lecia naszych pielgrzymek do Matki Boskiej Jasnogórskiej. Wraz z hufcowy postanowiliśmy wybrać się na nią, a chęć przeżycia przygody sprawiła, że pojechaliśmy.. autostopem :) Dzięki Bogu mundur harcerski sprawia, że kierowcy chętniej się zatrzymują, no może nie ci w Rzeszowie.. Jednak po dwugodzinnym postoju w tym uroczym mieście, szło już jak
z płatka. Pilzno, a zaraz po nim Kraków. Niestety w Krakowie mieliśmy niemiłą niespodziankę, gdyż zaskoczył nas deszcz, więc dalsze próby łapania stopa na pewno zakończyłyby się niepowodzeniem. Szczęście w nieszczęściu, chłopaki, z którymi jechaliśmy do Krakowa wysadzili nas na dworcu PKS. I kolejna radość, bo autobus do Częstochowy mieliśmy za 10 minut. Jednak ta radość szybko minęła, gdy zorientowaliśmy się, że jedziemy przez Dąbrowę Górniczą W końcu po 12 godzinach podróży osiągnęliśmy nasz cel. Prędko ruszyliśmy ku Jasnej Górze, nie musieliśmy nawet pytać
o drogę, bo wieża była bardzo dobrze widoczna. Niestety nie zdążyliśmy już na oficjalne rozpoczęcie pod pomnikiem kardynała Stefana Wyszyńskiego, ani na Apel Jasnogórski.
W drodze spotkaliśmy znajomych z Ropczyc i Sędziszowa i z nimi udaliśmy się do naszej bazy noclegowej. Następnego poranka wyruszyliśmy równym krokiem i ze śpiewem na ustach pod klasztor. Gdy wszystkie bazy już się zebrały, rozpoczął się apel, łącznie ok. 600 harcerek i harcerzy. Następnym punktem była Eucharystia. W kolumnie ósemkowej przeszliśmy przed Szczyt Jasnogórski, by wsłuchać się w Słowo Boże. Po mszy mieliśmy chwilę czasu na realizowanie zadań zlotowych i obiad.
W między czasie odbywało się również spotkanie misyjne, a po nim spotkanie w kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej i dziękczynienie za 25 lat wspólnego pielgrzymowania. Po nakarmieniu duszy, musieliśmy dokarmić nasze ciała :) Po czasie przewidzianym na kolację, dla harcerek i harcerzy odbyła się prezentacja multimedialna , natomiast dla wędrowników i instruktorów dyskusja o roli pielgrzymowania w rozwoju duchowym. Po tym, mieliśmy chwilę, aby wrócić do baz, ciepło się ubrać i przygotować.
Zbliżała się już godzina 21, więc wszyscy zgromadziliśmy się na Apel Jasnogórski. Zaraz po nim przeszliśmy do kaplicy obok i rozpoczęliśmy nasze czuwanie. Dziękowaliśmy za cały harcerski rok, przepraszaliśmy i składaliśmy swoje prośby. Po około 4 godzinach modlitwy i śpiewu, kapelan naczelny wraz z innymi kapelanami odprawił mszę na zakończenie. Po niej udaliśmy się do baz i ułożyliśmy się do niezbyt długiego snu. Gdy wyszło słońce oboźny zbudził wszystkich i po modlitwie oraz skromnym śniadaniu zaczęliśmy pakowanie i sprzątanie. Z plecakami na plecach, po raz ostatni ruszyliśmy pod klasztor, aby uczestniczyć w apelu kończącym i zawiązać na koniec braterski krąg. Po nim wraz z harcerkami i harcerzami z Rzeszowa wsiedliśmy do autokaru (za co bardzo dziękujemy :D ) i ruszyliśmy w podróż do domu..
Zanim turniej się rozpoczął, musieliśmy się jakoś udać się do Gniewczyny. Naszym środkiem transportu był pociąg, a więc razem z wesołymi zuchenkami (ups, harcerkami) wyruszyliśmy na wielki bój piłkarski. Podróż minęła szybko i sprawnie, później musieliśmy iść na własnych nogach na Wiejski Stadion Piłki Nożnej ok. 2 km, gdy doszliśmy zobaczyliśmy wesołą gromadkę harcerzy z Szówska, na czele z ćw. Robertem Krupą i dh. Lucjanem Borutą (ahhh, te wszystkie wzdychające harcerki w jego kierunku). Najpierw przebieranie się, getry, ochrzaniacze (czy ochraniacze?), laczki, koszulki , te sprawy. Zaprawa prowadzona przez szanownego sędzię ćw. Piotra Krzych. I pierwszy gwizdek. I już grają. Emocje sięgają zenitu. Mecz niestety wygrała 5 Szówska drużyna Harcerzy "Szpona" a może i stety. Gratulujemy "wygranym". Później tańce głowołamce cheerleaderek (to coś chyba nie wyszło), które wygrały to już nie pamiętam, bo wolałem się wspinać po wspaniałych żółtych drzwiach. A później atrakcja atrakcji. Harcerki grają w piłkę, pamiętam tylko jak Ola Stącel zbierała się za piłką (jak ja lubiałem kraść jej kabelusz i latać w nim po całym boisku). I pamiętam bezpodstawne roszczenia wobec naszego wspaniałego sędziego, który wszystko rozplanował i wiedział, że gdyby nie zapodał tych karnych to by się tam pogryzły(podobny wpis na xiędze gośći "Borku" złożył sam sędzia, z resztą gdzie te roszczenia były umieszczone) przez parę harcerek z Jagiełły. Na koniec to, co zapamiętam do końca życia. Wspaniały apelik, na którym został odczytany rozkaz hufca. Pamiętam słowa wyrywające mnie ze zmęczennego transu: " Zamykam próbę i przyznaję stopień młodzik druhowi Sławomirowi Starzec". Na koniec rozdanie nagród, nagrodę najlepszego piłkarza, (którą dostał Lucek Boruta), najlepsze czirliderki (nie pamiętam, kto dostał), i oczywiście, duży kawałek kory, na którym jest wypisany fragment słów jak linijka wyżej. Gdy zbieramy się już do domu, jeden malutki incydent: podczas obyczajowego "choptania" chopnęli mnie troszeczkę za wysoko i skończyłbym z głową w dachu tego grzybka, w którym byliśmy. Znowu 2 km na stację a tu okazuje się, że pociągu ni ma. No to, że jesteśmy harcerzami, trzeba było odpalić siłę nośną, zwaną nogami i rakieta na Przeworsk. Podczas powrotu, jakiś kolo, widocznie znudzony siedzeniem na krzesełku przed ekranikiem z kamerami zaczął nas straszyć milicją za to, że szwędamy się po torach. Każdy z nas to zignorował, lecz Piotr Saczek i Robert Krupa tak się przestraszyli, że ładniutko w dwuszereg nas uformowali i ładnie prowadzili, że prawdopodobnie, pan przy kamerach zamilczał. Ale wciąż się bali(no w sumie odpowiadając za tylu chłopa też by się ludzie bali). Odprowadziliśmy chłopa i harcerki na Polską Komunikację pociągową i tak sobie wrócili. Mimo że z Przeworska do Jarosławia wystartowali o 17 w swoich cieplutkich domkach pojawili się dopiero koło 22 (niezła przygoda). Po dzień dzisiaj nie wiem, co oni tyle robili, ale dobra, ważne, że wrócili. Ogólnie podsumowując bardzo mi się podobało, wydarzenie przybliżające drużyny do siebie, chociaż mogły się jeszcze pojawić harcerki z Jarosławia, było by jeszcze lepiej
Jak wszyscy wiecie w niedziele odbył się turniej Św. Jerzego. Harcerzy z Borku było mało, gdy wszyscy harcerze
i harcerki zebrali się w harcówce wtedy poszliśmy na Msze Świętą. O godzinie 9.30 już byliśmy w drodze na łąkę na której miał się odbyć turniej. Gdy wszyscy szli na lakę to Grzesiek z Herbertem wybrali się po prześcieradło, ale go nie wzięli, bo sobie o nim zapomnieli. Gdy wszyscy doszli na miejsce rozpaliliśmy ognisko i zaczęła się pierwsza konkurencja. Mieliśmy nosić jaja na łyżce, oczywiście Wygraliśmy (Rysie) tą konkurencje. Następnie była chyba jazda na rowerze Grzesiek i Herbert dopingowali wszystkich okrzykami " Kółko ci się kreci" "łańcuch ci się kończy".
W tej konkurenci mięliśmy trzecie miejsce to nic, ale wszyscy się śmiali z nas. Teraz wszyscy rzucali ziemniakami do wora. Najlepsze było to ze trafialiśmy w Druha Bercika. Po tej konkurenci była przerwa na posilenie się. Wszyscy mieli po ziemniaku, a my mieliśmy ziemniaki z zapiekanymi jajkami w środku. Oczywiście te ziemniaki to były troszkę lepiące się, bo Masa oblał każdego ziemniaka białkiem przez przypadek, bo miały za małe dziurki wszyscy się śmiali. Po posiłku przyszedł czas na skecze. Były tylko dwa... Rysie, czyli nasz zastęp miał skecz - Extra -. Radek "pokazał swojego małego". Jego mały chciał zastrzelić, Mase, ale on tańczył jakieś chińskie tańce i nie dał rady, a potem, Keruk zabił wszystkich. A wszystko poszło o Taczki :
Drugi skecz to była "Familiada" ten skecz był spoko, ale nasz był lepszy :D Potem Jedna osoba z zastępu miała zjeść cytrynce masa zjadł i przez 3 dni mówił o cytrynie ze była dobra. Dmuchanie balonów tez było dobre Sławek napompował i mówi, "ale grucha" wszyscy się zaczęli śmiać, ale balon pękł. Strzelanie z wiatrówki - Porażka nie trafiłem ani razu. Gdy wszyscy skończyli strzelać chłopaki z borku zaczęli rzucać jajami. Masa chciał złapać do kaszkietu, ale niestety jajko mu się rozbito i spłynęło... Wszystkie zastępy walczyły dzielnie, ale jednak MY, czyli "Rysie" wygraliśmy i zdobyliśmy miano najdzielniejszych oraz Włócznię Świętego Jerzego! Później był test harcerski. Gdy dostaliśmy już włócznie robiliśmy zdjęcia i po tym zaczęliśmy zbierać się do domów. W czasie powrotu dużo śpiewaliśmy, drużynowy pomieszał zwrotki, ale to był nasz pierwszy turniej i mam nadzieje ze nie ostatni :. Wszystkim się podobało było fanie!!!
Wszystko zaczęło się 12 lutego i działo się, oj działo dużo :.
Fakt, iż połowa Borku mieszka na Sienkiewicza sprawił, że stamtąd wyruszyły trzy samochody pełne harcerzy, bo aż 6 ich było.. Wraz z Saskiem, Kerukiem i Tatą Saską ruszyliśmy w stronę Dąbrówek. Za nami Daniel, a gdzieś później w dali Bitels no i Wojtek, ale on jechał już z Harcerkami. Będąc prawie u celu oślepił nas błysk! Ale nie... żadna burza się nie zbliżała.. to był po porostu FOTORADAAAAR! No tak to się czasami zdarza.. prawda :. Emocje opadły, minęliśmy most, a za nim już widać było szkołę. . . No buzi buzi pap a i wpakowaliśmy się do środka :.
Miejsce znane, więc loooz :. Miło było znów ujrzeć twarze przyjaciół, a jeszcze bardziej uśmiechnięte twarze przyjaciół. Asia, Ewka, Marta, Marlena, Ola Kasia Robek, Mrozio, Krzuychu, Bercik. . ho ho ho już wiadomo było, że będzie jazda :.
Oboźny jeszcze nie mianowany, więc wesoła czeradka harcerzy biegała sobie po korytarzu tak. . . legalnie. Około 5 wszyscy już dotarli na miejsce i czas był zaczynać całą imprezkę.
Apel w końcu się rozpoczął, rozkaz, mianowania, sznurowania i inne przyjemne rzeczy z tym związane : Kadra kursu przedstawiała się następująco:
Wspaniała jak zachód słońca - Hera - Asia
Zadziwiająca jak polarna zorza - Atena - Ewka
Potężny jak Godzilla - Zeus - Łukasz
Szybki jak F-16 w Polsce - Hermes - Piotrek
Silny jak wół - Herakles - Robert
Umięśniony niczym Pudzian - Hefajstos - Pioter
Skrzydlaty mały Eros - Kinia
Były też Muzy o magicznych imionach, których nie potrafię sobie przypomnieć, bo były tak zaczarowane : Marta, Ola i Kasia, ale gdzieś chyba Apollina swojego zgubiły sobie troszku.. :
Po apelu chwila czasu na przebranie się w nasze TURBO greckie stroje
naturalnie :. Coś na ruszt wrzuciliśmy i poszliśmy na Olimp, a gdy ogień na Olimpie zapłonął zasiedliśmy na żywej radzie ognia i ładnie przedstawialiśmy nasze rody: pięknych Greczynek Nimf, Olimpijek, Atenek, Hesperyd oraz rody mężnych Greków Tyranosów, Hoplitów, Hlalusów i Spartan. Hoplici i Spartanie dumnie reprezentowali BOREK ( jak to brzmi he he :). (Mimo wyniku rywalizacji spisywali się jak przystało na prawdziwych żołnierzy :).
Wszystkie rody dzielnie stawiały czoła ciężkim pracom Heraklesa. Swoim sprytem i zręcznością przechytrzyli nie jednego herosa.
Po dziennych zmaganiach przychodził czas na Katharsis - oczyszczenie, które odbywało się w naszym teatrze. Wystawiane sztuki były nawiasem mówiąc powalające i wgniatające w deski; prawdziwe arcydzieła - boskie he he :. Tak, tak.. Promek z Ranigast Max, bo go sęp męczył, Narcyz o wspaniałym pączku i jeszcze trochę tego było :.
Grecy i Greczynki rywalizowały ze sobą do tego stopnia, że po wyjeździe z Grecji mało, kto mógł patrzeć na nektar pomarańczowy i ptasie mleczko znaczy się nektar i ambrozję (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi)
W ogólnej rywalizacji wygrali Tyranowi i Nimfy zdobywając złote wieńce laurowe ( co one dawały to ja już nie pamiętam :p albo nie wiem :).
Ja wiadomo na biwakach dni płyną szybko. . . za szybko jednak czas rozstania nie popsuł nam humoru (oczywiście nic nie mogło nam popsuć humoru, bo nad tym czuwał nasz Eros - ek :) pełni radości pożegnaliśmy się i do domu. . niestety . . . :(
Biwak odbył się w Dąbrówkach k. Łańcuta. Bardzo mi się ten biwak podobał. Na pierwszym kominku mnie nie było, ponieważ bolała mnie głowa i było mi zimno. Na całym biwaku była tylko jedna gra terenowa, którą i tak wygraliśmy (Ja,, Jarek, z Szówska (patrolowy), Wojtek Ważny, Kamil Pawełek). Gra była bardzo prosta. Na biwaku mogłem się wykazać jako patrolowy, bo prowadziłem patrol "Rysie" oto skład mojego patrolu :
dh Kamil Tokarz, dh Kamil Pawełek, dh Daniel Wołoszyn, dh Wojciech Ważny, dh Hubert Cichoń.
Przez pierwszy dzień biwaku pełniłem wartę w kuchni razem z Wojtkiem. Miałem szczęście, bo moim zadaniem było tylko zrobić kanapki na kolację. W pierwszą noc było dość niespokojnie, ja chrapałem, chłopaki odwalali sceny oglądali filmiki na komórce Mateusza Ślęka i w ogóle. W następnym dniu, na początek był poranny apel, szybka toaleta i śniadanie. Później były przygotowania do gry terenowej, którą wygrał patrol, w którym byłem. Pod koniec dnia były zawody sportowe. 2 miejsce jak na najmłodszy patrol z całego biwaku to całkiem dobrze. Później był kominek, wspaniale go wspominam, najpierw jedzenie ze śmietnika (było pyszne:) wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi) i była taka kula z kwadracikami lustra i kto miał latarkę ten świecił i był taki efekt jak na andrzejki przystało:).Lecz nie było zabawy ani żadnej muzyki...Tragedia w kopalni Halemba. To, dlatego...Żałoba narodowa...Rano wielkie sprzątanie i pakowanie i później marsz 5 km na PKP9, lecz wszyscy zadowoleni wróciliśmy szczęśliwie do domu...Gdy wracaliśmy do domu to w pociągu był mały incydent. Hmmm może nie incydent, bo kanar chodził i sprawdzał bilety. Ja miałem podbitą legitymację, ale paru druhów nie.. Kanar na szczęście odpuścił, bo byliśmy harcerzami. Ogólnie mi się podobało.
Mój bieg na barwy zaczął się 25 marca 2006 r. o godzinie ok. 07:00 rano. Razem ze mną na tym biegu byli również dh Cebul i dh. Tadek. Najpierw musztra, później wybór kopert, i odmeldowanie. Mieliśmy się udać do wsi, gdzie jest kopiec Michała Pyrza - Nowosielce. A więc poszliśmy w stronę Dębowa. Po jakichś 2 godzinach byliśmy na miejscu, dotarliśmy do drewnianego kośćiółka z bodajże XVIII wieku. Pózniej musieliśmy spisać to co pisało na kopcu Michała Pyrza, a na koniec wracaliśmy przez Borek (Do dziś pamiętam moje całkowicie obłocone spodnie) i jeszcze musieliśmy zmierzyć długość Wilczego Dołu i napisać odę czy to wiersz do "Borku" (lasu, nie drużyny).i w końcu wręczenie barw na Kopcu Tatarskim (Do dziś pamiętam słowa rozkazu czytanego przez byłego drużynowego pwd. Łukasza Mroza HO "Zamykam próbę harcerza z wynikiem pozytywnym dh Sławomirowi Starzec). Wręczenie barw i lilijek, i każdy rozszedł się w swoją stronę. Podsumowując było warto tych wybrudzonych spodni i wielkiego krzyku mamy przez 2 dni :)
W dniach 28.01-01.02 2006 r. w Lipniku odbyło się zimowisko Jarosławskiego Hufca Harcerzy "Grody" RIVENDELL . Fabuła oparta na "Władcy Pierścieni" Elfy, Ludzie, Krasnoludy itd. Gościł nas władca ostatniego przyjaznego domu - Rivendell - półelf Elrond (komendant obozu phm. Leszek Mac HR), nad porządkiem czuwał uczeń Gandalfa - Mrozoath Biały (Oboźny Łukasz Mróz HO), aby nasze sny były spokojne przybyła także Galadriela (Kwatermistrzyni st.och. Joanna Lasek).
Nasza drużyna również przybyła, wcieliła się w rasę Krasnoludów, dzierżących ciężkie stalowe topory, noszących ciężkie mithrilowe zbroje oraz magiczne...kalesony. Krasnoludy pod wodzą Petina (przyboczny wyw. Piotr Saczek) zamieszkały wcześniej przygotowane przez Elronda jaskinie. Jedną ród Janina (zastępowy Marcin Janusz): Adin, Sasin, Kamin, Tomin, Bitin, Wetin, Mafin. Drugą zaś ród Bedina (zastępowy wyw. Mateusz Tworek):Tadin, Cebin, a wraz z nimi plemię Lumpów, które wczesniej zhańbiło rasę, lecz ich winy zostaly zapomniane i przebaczone, ( oni jednak nie dzierżyli toporów ani nie nosili zbroi ) : Banin oraz Lumpy z daleka: Woin, Kebin, Falin i Sewin. Krasnoludy nie raz wybijały się zponad innych ras Śródziemia, dzielnie stawialy czoła wszelakim niebezpieczeństwom, zwiadom i wymarszom o późnych godzinach. W 3 noc odbyły się obłuczynyi to nie tylko naszych harcerzy, a w ostanią o godzinie 5:00 w lesie nasz zastępowu dh Marcin Janusz wypowiedział słowa: " mam szczerą wolę, całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce . . ." Nad wszystkimi owieczkami czuwałi nasi druidzi ks. Marek Duda, ks. Paweł Kaszuba i o. Teodor Bielecki. Rankiem ostatnie śniedanie, wymienianie się numerami, adresami, pakowanie, no i ostatni apel. Coż trzecie miejsce to nie tak tragicznie, jeszcze podium, no ale tak się z układów wychodzi właśnie. Nadszedł czas rozstania, ale nie szyscy płakali zuchy tez były dzielne (jak to zuchy) i pożegnały się bez łez.
W końcu wprowadziły tyle radości no i ta ich piosenka, która stała się nieoficjalnym hymnem zimowiska.. taaa... " Lody, lody, lody, Bambino. . ." W Końcu dało się słyszeć warkot silników, tak to były autokary, zapakowlaiśmy się i ruszyliśmy do naszych ciepłych domów.
Do Hadli Szklarskich nie udalismy się całą drużyną. Pojechali tylko kursanci : Maciek Fila, Mateusz Tworek, Mateusz Ficek, Marcin Janusz oraz sztab kryzysowy J w skladzie : Daniel Dąbek, Mateusz Nowak, Piotr Saczek i Krzysztof Kurek, no i oczywiście komendant kursu Łukasz Mróz . W związku z tym, iż Hadle nie są daleko, szybko dotarlismy na miejsce. Ośrodek policyjny wyglądał dość ciekawie, stawik, potoczek, drewniane domki, ale dla nas przeznaczona była ...łąka . W kursie uczestniczyły róznież drużyny z Szówska, Jarosłąwia i Przemyśla . Nie tracąc duzo czasu wzieliśmy się wszyscy razem za rozbijanie obozu, a pozniej apel rozpoczynający, kolacja no i długo wyczekiwana watra . Była z nami również dh. Asia Lasek, która pomagała nam przygotowywać posiłki . W pierszych dniach przybył także nasz hufcowy, Leszek Mac .
W rolę kwatermistrza wcielił się dh. Łukasz Orzechowski to też gry terenowe były jeszcze bardziej zakręcone. Ostatniej nocy ruszyliśmy do Lasu na mszę. Kapliczka okazała się stacjonować ok. 2h piechtą od obozu. W celu odprawienia mszy przybył ks. phm. Paweł Kaszuba. Kursanci byli jednak na tyle zmęczenie, że podczas kazania dało się słyszczeć gdzieniegdzie drobne pochrapiwanie. Po mszy zostały rozdane patenty zastępowych. Po tym udalismy się znowu do obozu, aby zaznac odrobine snu. O poranku odbył się już ostatni apel . Po tym pożegnaliśmy się i z uśmiechem na twarzy ruszyliśmy do swoich domów.
Pierwsze zimowisko bez drużynowego. Pomimo to warto było jechać. Najpierw musieliśmy dostać się do Jarosławia. Tam tez poznaliśmy o. Teodora J. Po dłuższym czasie zgromadzily się drużyny z Jarosławia i Szówska, byli tez wodniacy z Przemyśla. Zapakowaliśmy się wiec w autokar i kierunek Maćkowice. Podróż dość krótka bo to nie daleko było. Baza noclegowa w ośrodku ruchu światło życie, (całkiem niezłe łóżka tam mają ). Do naszej drużyny przyłączyli się również druhowie z dawnej Przeworskiej Czarnej Xlll : dwóch Michałów i Maciek. Dostaliśmy pokój na dole, więc na wszystkie apele itp. Mieliśmy najbliżej. I co najważniejsze mieliśmy obok pokoju kuchnię J do której nawet raz w nocy zakradliśmy się bo kolacja była bardzo skromna J. Po tej akcji nie zgasiliśmy światłą w pokoju no i namierzył nas oboźny dh Grzegorz Baraniecki, drużynowy wodniaków... do dzis pamiętamy jak się czuje człowiek bigający po śniegu w trampkach i to bez skarpetek (oczywiście to nie był żaden terror oboźnego, tylko zabrakło nam czasu na ubranie czegoś więcej :p).
Na tym zimowisku BOREK triumfował, gromił wszystko i wszystkich.. cztery 1 miejca, jedno 2, wygrany konkurs plastyczny (5 czekolad mmmmmmniam) i co tam się jeszcze dało wygrać to my wygrywaliśmy. Pogoda dopisywała, nawet ruszyliśmy na wędrówkę która miała zakończyć się pieczeniem kiełbasek...coż w terenie zabłądziliśmy, a zimna kiełbasa na kolację nie jest taka
smaczna... Mimo wszystko, wszystkim wszystko się podobało. I w końcu nadszedł czas rozstania... to chyba nie jest ulubiony moment nikogo... coż tak jak wsiedliśmy do przyjazdu tak wsiedliśmy i do wyjazdu. Spowrotem do Jarosławia, a z niego bezpośrednio do Przeworska. I jak zwykle zmęczenie i nie wyspanie udaliśmy się do domów.
Gdy dowiedzieliśmy się, że za niedługo kroi się u nas taka akcja, wzięliśmy się porządnie do roboty. Wieczory spędzone na plebani, na tworzeniu wielkiej, brzozowej kapliczki z błogosławionym Wincentym Frelichowskim, popołudnia, również na plebani, : podczas których zbijaliśmy ławeczki dla uczestników, a że miało ich trochę być to się nazbijaliśmy tego. Przy okazji trzepaliśmy dywany z kościoła, aby wszystko było cacy. I Tak od rana praca (niektórzy się nawet ze szkoły zwalniali żeby pomóc) w międzyczasie jakaś kanapka i dopiero wieczorem do domciu. . . Niektórzy mieli jeszcze próby śpiewanek na ognisko to wracali jeszcze później. Najgoręcej było w dniu rozpoczęcia. Wszyscy w stanie pełnej gotowości. Zamiatanie i czyszczenie placu, strojenie miejsca na relikwie w kościele, ustawianie całego nagłośnienia, wstawianie masztów z biało-czerwonymi flagami ZHR, instalowanie kapliczki przy kościele, układanie ławeczek dla gości, rozstawienie recepcji czyt. Namiotu, ułożenie na wcześniej rozsypanym piachu wielkiego stosu ogniskowego, wychodzenie na mur obronny w celu ustawienia anten, wysłanie patroli na przystanek PKS i stację PKP, które obierały przyjezdnych.. Cały młyn zaczął się jak już wszyscy dotarli, ale nie trwało to długo, bo zaraz druhny i druhowie rozeszli się do swoich baz noclegowych i przyszli dopiero na ognisko. Nasz plac przy bazylice jest duży, wiec nie było problemu z pomieszczeniem około 100 harcerek i harcerzy. Około godziny 20 "przyjechał" nasz patron. Serdecznie przyjęliśmy go i rozpoczęliśmy program. Ognisko rozpalał nasz komendant chorągwi hm. Marek Zalotyński. Były różne scenki z życia Wicka, którego grał Łukasz ubrany w sutannę dk. Kaszuby, a później się strachał, ze księdzem zostanie, bo to tak jest jak się nosi tą kieckę zawczasu, a on nie chce i w ogóle he, he :. Śpiewaliśmy piękne, harcerskie piosenki, niektóre zupełnie nowe, bo wraz z nami byli jeszcze harcerze i harcerki z Przeworskiego ZHP. Po ognisku koło 23 rozpoczęliśmy czuwanie nocne przy relikwiach. Każda drużyna miała półgodzinny program swojego czuwania. Całą imprezę relacjonowało na żywo Radio Fara, dzięki nim ludzie mogli usłyszeć w swoich odbiornikach wszystko, co działo się u nas, nie zabrakło także wywiadów. Relacja ze spotkania miała także znaleźć się w tygodniku NIEDZIELA. Nazajutrz około 6 po pobudce wspólnie powitaliśmy dzień na placu przed bazą i zaczęliśmy przygotowywać się do pielgrzymki do sanktuarium w Leżajsku. W szatni leżały drożdżówki, więc poszliśmy z Kłosikiem i Orłem, zęby je wziąć rozdać no, ale chłopaki wpadli na pomysł, KTO WIECEJ ZJE he, he no i tak koło 6 już im przeszła ochota. . nawet na noszenie tego :. Po skromnym śniadanku ruszyliśmy w drogę, a GORUNC BYŁ TAKI, ŻE HOOO HOO. I tak szliśmy niosąc na przedzie relikwie Wicka. Byliśmy radzi, że mogliśmy wszyscy razem podążać do Mateczki w Leżajsku. Ludzie witali nas z radością, machali chusteczkami pozdrawiając. Przez połowę drogi byłem porządkowym, ale, że dk. Paweł się jakoś pomylił i ja puściłem gościa, bo szedłem ostatni i maluch miałby czołówkę z rowerzystą to zrezygnowałem z fuchy :p i szedłem radośnie śpiewając i podskakując. Nawet przez pewien odcinek drogi szła za nami krowa :, ale zwątpiła później i poszła się paść he, he. Po drugim już postoju nóżki dawały się we znaki, ale co tam :, żeby nam się lepiej szło, dali nam jakąś pyszną kiełbaskę i keczupik. Orzeł nas wysyłał ciągle po dokładkę, ale sobie myślimy, że jak potrafił randkować na tyle ze sanitariuszkami, to też potrafi sobie pójść po kiełbaskę! :. Powoli docieraliśmy do Leżajska, a ja znów byłem porządkowym :p i obawiałem się tej krzyżówki wielkiej, ale spoko na wszystko są sposoby stanąłem na środku, zrobiłem groźną minę i popatrzyłem na kierowcę fiata, on wycofał trochę, chyba się przestraszył he, he :. No, a jak pielgrzymka przeszła to ja uciekłem :D. Weszliśmy już do Leżajska i w końcu ujrzeliśmy "Bernardynów", ach, co za ulga :. Wpakowaliśmy się do środka i zaczęliśmy się modlić. Za Klasztorem jest takie małe wzniesienie zarośnięte drzewkami i tam też się udaliśmy, aby zakończyć i podsumować nasze spotkanie z błogosławionym. Gdy zeszliśmy na dół już czekała bryka na relikwie. Sam osobiście miałem zaszczyt eskortować relikwie do samochodu. Po drugiej stronie ulicy stały nasze autokary, długo nie czekając wsiedliśmy do nich.. Oczywiście coś za sprawnie wszystko szło, więc musiały nam się zepsuć obydwa w trasie, na szczęście ten w którym ja jechałem zepsuł się zaraz koło bazy :p. Nasi goście ruszyli do domków, a nam zostało sprzątanie,
ale to wcale nie było takie złe. . . :.
W tym roku przed wyjazdem ks. Andrzej Bienia odprawił Mszę dla wszystkich uczewstników z Przeworska i okolic. Po mszy wsiedlismy do autokaru i ruszyliśmy, nie dałoby się jechać także bez "Pod Twoją obronę" i Aviomarinu. Już przy samym wyjezdzie z Przeworska dopadł nas deszcz...no ale do Poznania wprawdzie jeszcze kawałek, więc nikt się nim nie przejmował. Trasa okazala się być spokojna, choć momentami przez ten deszcz to mogliśmy zobaczyć się z Bogiem J. Także z powodu tego deszczu nie robiliśmy dużo postojów. W końcu dotarliśmy. Na miejscu już się rozpogodzilo, na szczęście. Jeszcze tylko przydzial słżbowy czy;li kilometrowa kolejka do szefów i można sobie swobodnie pochodzić po polach.. Jednak w tym roku jakoś pusto, jakby nie to stadko owieczek, a posród nich jednej czarnej to byśmy chyba caly czas siedzieli w namiocie i niegdzie nie wychodzili. Wybila godzina 17 i rozpoczeła się Eucharystia. Po niej caly program spotkania, modlitwy, śpiewy itd. W koncu nadszedl czas przejscia przez bramę trzeciego tysiąclecia, niestety nie wszystkim z nas się udalo nią przejść, jednak w tym czasie toczyliśmy bój z tubylcem o naszą kamerę, która lezałą na ziemi, a on się nią zaopiekowałJ (dobrze, że ksiądz o tym nie wiedział J). Szybko zmyliśmy się z tamtąd, wsiedliśmy do naszego autokaru i w trasę... W Przeworsku jeszcze msza podsuowująca i rozesłanie do domu...
Dnia 16 listopada w Bazylice kolegiackiej pw. Świętego Ducha w Przeworsku ks. Andrzej Bienia - opiekun przeworskiego środowiska harcerskiego ZHR, otrzymał święcenia kapłańskie z rąk metropolity przemyskiego abp. Józefa Michalika. Nasze środowisko ustawilo się w szpalerze przez całą długość kościoła. Msza byłą dosyć długa ale daliśmy radę i nikt nie poległ :) Było nam bardzo miło jak widzieliśmy, że nasz duszpasterz i opiekun zostaje wyświęcony na kapłana. Liturgię słowa częściowo obstawili harcerski i harcerze.
Po mszy gdy wszyscy się rozeszli. Została mała grupka przedstawicieli naszych drużyn. i wręczyliśmy ks. Andrzejowi skromne prezenty czyli kapelusz skautowy i cośtam jeszcze :). Po tym pełni radości rozeszliśmy się do domów.
Z powodu zbliżającej się peregrynacji obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w parafii, ruch w naszej harcówce nieco się zwiększył. W sumie do akcji było jeszcze trochę czasu, ale nie mogliśmy sobie pozwolić na jakiekolwiek niedociągnięcia, w końcu naszym gościem miała być sama Matka Boska. Tak, więc po południu wraz z ze śpioworkami i karimatkami przyszliśmy z Czepkiem do bazy. To była jedna z moich pierwszych, większych akcji. Nie miałem pojęcia, że nasza harcówka jest taka pojemna, bo trochę chłopa nas było :p. Siedliśmy tak sobie, aż padło hasło:
- Idzie szef
Czyli? Czyli nie wiedziałem, o co chodzi, bo kto to był Mróz nikt mi nie powiedział.. no, później się dowiedziałem, że to mój drużynowy he, he :.
Przyszedł i zrobił coś takiego jak apel :D. Ja dostałem parę białych rękawiczek, jakieś identyfikatory, nawet trzymałem rozkaz to znaczy jakąś białą, śmieszną karteczkę z literkami i cyferkami.
W SZEREGU FRONTEM DO MNIE ZBIÓRKA! BACZNOŚĆ! !!! w ogóle gość akcje zrobił, pomianował tych kolesi, zabrał mi identyfikatory, a później się zmył do domu :P.
Po tym zamieszaniu, wróciliśmy do naszych śpiworków i zaczęliśmy składać puszki na Dzień Papieski. Razem z nami był ks. Andrzej oraz kilka wędrowniczek Zytka, Ewka, Gabrysia i Edyta. Spożyliśmy wspólnie kolację i na służbę go, go, go : Przyszedł czas na sprawdzenie się jako służba porządkowa przy bazylice. Bramy były otwarte, bo nad wszystkim czuwał nasz patrol. Orzeł biegał z radiotelefonem i myślał, że błyszczy : jakaś dziewczynka chciała przejść przez plac, bo miał krócej do domu, ale to mógł być potencjalny wróg, który chciał nas zaatakować, a poza tym było 2 minuty, po 21 czyli dziewczynka miała pecha i musiała drzeć na około :.
Gdzieś tak koło 1 mieliśmy nieoczekiwanych gości, a konkretnie trzech zamaskowanych panów. Oni też zrobili robotę nawet nas przywiązali do
słupa :, ale zwialiśmy im, choć z tym był mały problem, co się nazywał Fryta (nie uciekajmy!! Oni nas będą bić i się tak darł he, he :). Wsparcie przybyło i sytuacja została opanowana :D. Po całej akcji przyszedł czas na spokojny sen i bajki wędrowniczek. . . (a ja taki stary pryk i musiałem bajek słuchać :p). Rano niestety wstaliśmy zmęczeni jak fix no, ale służba nie drużba.